poniedziałek, 10 lipca 2017

W. Gombrowicz, "Ferdydurke"



[...] istota ludzka nie wyraża się w sposób bezpośredni i zgodny ze swoją naturą, ale zawsze w jakiejś określonej formie i że owa forma, ów styl, sposób bycia nie jest tylko z nas, lecz jest nam narzucony z zewnątrz [...] Zawsze, bez przerwy szukamy formy i rozkoszujemy się nią lub cierpimy przez nią i przystosowujemy się do niej lub gwałcimy i rozbijamy ją, lub pozwalamy aby ona nas stwarzała.
W. Gombrowicz, Ferdydurke

Zastanawiasz się choćby chwilami, jaką część swoich myśli dzielisz z innymi? Do niedawna czułam się w nich odosobniona, oddzielona kloszem z hartowanego szkła, w którym ludzka ciekawość ryła płytkie rysy, ale nie zdołała nigdy wywołać choćby drobnego pęknięcia.  Ale przyszedł Ktoś, kto przyniósł ze sobą gwałtowną zmianę i szybko nauczył mnie, że odpowiedni człowiek szybko ujrzy szczeliny tak łatwo przez innych pomijane, że niemal zapomniane przeze mnie samą. Nauka ta jednak równie szybko została odsunięta, na rzecz tego, co wyuczone. Bądź czujna, nie obnaż się za bardzo, otworzysz się, a Cię wyśmieją. Przecież nikt nie zrozumie. Miał rację, że nie tak trudno odgadnąć, co komu chodzi po głowie. Zgodnie z tradycją musiałam negować, mimo że nie miałam argumentów. Ale to prawda -choćbym nie wiem jak bardzo samotna czuła się w swoich myślowych mirażach, ten, kto naprawdę chce, zobaczy wszystko jak na dłoni. Na palcach wkradnie się wtedy do głowy wstyd i przykucnie chowając się przed niespodziewanym odkrywcą. 

To oczywiste, że czujemy się obnażeni, obdarci z wszelkiej osłony, ale takimi nas właśnie stworzono. Metaforycznie nagimi. Wydałoby się, że żadna nagość dzisiaj nie zawstydza – jakże wielka to pomyłka! Żadna z dostępnych nie jest prawdziwa, każda ubrana w jakiś wzór, dostosowana do kanonu czy to urody, czy kultury – w zależności, o czym mowa. Tak nagle stanąć przed kimś z nagą myślą? Nie ubraną, nie przykrytą czy choćby nie okraszoną jakimś ozdobnikiem, wymijającym dodatkiem? Cóż, wielu może o tym marzy, ale w czyn wprowadzają nieliczni. Jeśli w ogóle znajdzie się jakiś śmiałek. Wymaga bowiem odwagi, żeby przede wszystkim samemu na siebie spojrzeć bez filtra odrzucającego defekty, elementy niespójne ze społecznym repertuarem. Przyjmując określoną rolę, szybko i niejako intuicyjnie odnajdujemy przypisaną do niej fasadę. Chcąc ucieczki brniemy z jednego odgrywanego dramatu w inny. 

I może rację miał Gombrowicz, że
…nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka.


poniedziałek, 20 marca 2017

Pragnienie, Richard Flanagan






Są książki, które urzekają czytelnika już od pierwszych zdań. Przyciągają myśli nawet po odłożeniu ich na półkę. Subtelnie podsuwają pod nos tematy do rozmyślań, choć jednocześnie nie przedstawiają żadnej porywającej historii. Nie budują napięcia i nie sprawiają, że z wypiekami na policzkach oczekujemy na rozwiązanie akcji, a mimo to po przeczytaniu nie sposób o nich zapomnieć. Kilka dni temu miałam przyjemność spędzić kilka godzin nad taką pozycją i od początku czytania wiedziałam, że wpadłam jak śliwka w kompot. Lektura Pragnienia Richarda Flanagana to moja pierwsza przygoda z tym autorem, jednak z pewnością nie będzie ostatnia. 

Po otwarciu książki przenosimy się do XIX wieku, co autorowi przychodzi bardzo lekko i nienachalnie. Poznajemy małżeństwo, które zamieszkuje kolonię karną na Ziemi Van Diemena. Kobieta postanawia adoptować tam małą Aborygenkę i udowodnić, że uda jej się wychować ją w duchu własnej cywilizacji, co w jej rozumieniu ma wykazać triumf rozumu nad instynktami. W niedalekiej przyszłości jej mąż ginie na morzu podczas naukowej ekspedycji. Po upływie kilku lat od jego śmierci najsłynniejszy angielski pisarz – Dickens – zostaje poproszony o opowiedzenie losów zmarłego. Opowieść ta otwiera przed nim ukryte tereny jego własnej osobowości, o których istnieniu nie miał, albo nie chciał mieć pojęcia.
 
Rozczarowanie przyniósł jedynie jeden z ostatnich rozdziałów, który w moim odczuciu powstał ze zbitek fragmentów, które da się cytować jako aforyzmy o miłości. Okropnie gryzie się to z całością i pozostawia lekki niesmak. Być może to tylko moje przewrażliwienie na podobne zjawiska w literaturze. Nie zrażając się przebrnęłam przez ten fragment powieści i nie pożałowałam. Koniec końców rozdział ów okazał się potrzebny, ale zdecydowanie wyrzuciłabym z niego kilka ckliwych formuł.



Przejdźmy do tego, co lubię najbardziej. Podczas lektury zostajemy pośrednio postawieni przed licznymi, uniwersalnymi pytaniami o ludzką naturę i granice człowieczeństwa. Etnocentryzm przeplata się z problemem kolonializmu, a na ich tle zarysowują się egzystencjalne rozważania, co dla mnie jako kulturoznawcy stanowiło mocne i ciekawe zestawienie. Bohaterowie początkowo stawiają wyraźną granicę pomiędzy postępem i cywilizacją a barbarzyństwem, wartościując według surowych, przekłamanych kryteriów. My i oni, lepsi i gorsi.  Czy kiedykolwiek będziemy obiektywni w ocenie drugiego człowieka, jeśli będziemy spoglądać na niego przez pryzmat własnej kultury?

Co jest prawdziwą wolnością? Poddawanie się instynktom, uleganie własnym pragnieniom czy trzymanie się w ryzach konwenansów, zapanowanie nad samym sobą? A może żadna z tych skrajności? Postacie błądzą i miotają się szukając odpowiedzi na te pytania, a ja poszukiwałam ich razem z nimi, co jest dla mnie najlepszą rekomendacją tej pozycji.