Są książki, które
urzekają czytelnika już od pierwszych zdań. Przyciągają myśli nawet po
odłożeniu ich na półkę. Subtelnie podsuwają pod nos tematy do rozmyślań, choć
jednocześnie nie przedstawiają żadnej porywającej historii. Nie budują napięcia
i nie sprawiają, że z wypiekami na policzkach oczekujemy na rozwiązanie akcji,
a mimo to po przeczytaniu nie sposób o nich zapomnieć. Kilka dni temu miałam
przyjemność spędzić kilka godzin nad taką pozycją i od początku czytania
wiedziałam, że wpadłam jak śliwka w kompot. Lektura Pragnienia Richarda Flanagana to moja pierwsza przygoda z tym
autorem, jednak z pewnością nie będzie ostatnia.
Po otwarciu książki przenosimy
się do XIX wieku, co autorowi przychodzi bardzo lekko i nienachalnie. Poznajemy
małżeństwo, które zamieszkuje kolonię karną na Ziemi Van Diemena. Kobieta
postanawia adoptować tam małą Aborygenkę i udowodnić, że uda jej się wychować
ją w duchu własnej cywilizacji, co w jej rozumieniu ma wykazać triumf rozumu
nad instynktami. W niedalekiej przyszłości jej mąż ginie na morzu podczas
naukowej ekspedycji. Po upływie kilku lat od jego śmierci najsłynniejszy
angielski pisarz – Dickens – zostaje poproszony o opowiedzenie losów zmarłego.
Opowieść ta otwiera przed nim ukryte tereny jego własnej osobowości, o których
istnieniu nie miał, albo nie chciał mieć pojęcia.
Rozczarowanie przyniósł
jedynie jeden z ostatnich rozdziałów, który w moim odczuciu powstał ze zbitek fragmentów,
które da się cytować jako aforyzmy o miłości. Okropnie gryzie się to z całością
i pozostawia lekki niesmak. Być może to tylko moje przewrażliwienie na podobne
zjawiska w literaturze. Nie zrażając się przebrnęłam przez ten fragment
powieści i nie pożałowałam. Koniec końców rozdział ów okazał się potrzebny, ale
zdecydowanie wyrzuciłabym z niego kilka ckliwych formuł.
Przejdźmy do tego, co
lubię najbardziej. Podczas lektury zostajemy pośrednio postawieni przed
licznymi, uniwersalnymi pytaniami o ludzką naturę i granice człowieczeństwa. Etnocentryzm
przeplata się z problemem kolonializmu, a na ich tle zarysowują się egzystencjalne
rozważania, co dla mnie jako kulturoznawcy stanowiło mocne i ciekawe
zestawienie. Bohaterowie początkowo stawiają wyraźną granicę pomiędzy postępem
i cywilizacją a barbarzyństwem, wartościując według surowych, przekłamanych
kryteriów. My i oni, lepsi i gorsi. Czy
kiedykolwiek będziemy obiektywni w ocenie drugiego człowieka, jeśli będziemy
spoglądać na niego przez pryzmat własnej kultury?
Co jest prawdziwą
wolnością? Poddawanie się instynktom, uleganie własnym pragnieniom czy
trzymanie się w ryzach konwenansów, zapanowanie nad samym sobą? A może żadna z
tych skrajności? Postacie błądzą i miotają się szukając odpowiedzi na te
pytania, a ja poszukiwałam ich razem z nimi, co jest dla mnie najlepszą
rekomendacją tej pozycji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz