poniedziałek, 20 marca 2017

Pragnienie, Richard Flanagan






Są książki, które urzekają czytelnika już od pierwszych zdań. Przyciągają myśli nawet po odłożeniu ich na półkę. Subtelnie podsuwają pod nos tematy do rozmyślań, choć jednocześnie nie przedstawiają żadnej porywającej historii. Nie budują napięcia i nie sprawiają, że z wypiekami na policzkach oczekujemy na rozwiązanie akcji, a mimo to po przeczytaniu nie sposób o nich zapomnieć. Kilka dni temu miałam przyjemność spędzić kilka godzin nad taką pozycją i od początku czytania wiedziałam, że wpadłam jak śliwka w kompot. Lektura Pragnienia Richarda Flanagana to moja pierwsza przygoda z tym autorem, jednak z pewnością nie będzie ostatnia. 

Po otwarciu książki przenosimy się do XIX wieku, co autorowi przychodzi bardzo lekko i nienachalnie. Poznajemy małżeństwo, które zamieszkuje kolonię karną na Ziemi Van Diemena. Kobieta postanawia adoptować tam małą Aborygenkę i udowodnić, że uda jej się wychować ją w duchu własnej cywilizacji, co w jej rozumieniu ma wykazać triumf rozumu nad instynktami. W niedalekiej przyszłości jej mąż ginie na morzu podczas naukowej ekspedycji. Po upływie kilku lat od jego śmierci najsłynniejszy angielski pisarz – Dickens – zostaje poproszony o opowiedzenie losów zmarłego. Opowieść ta otwiera przed nim ukryte tereny jego własnej osobowości, o których istnieniu nie miał, albo nie chciał mieć pojęcia.
 
Rozczarowanie przyniósł jedynie jeden z ostatnich rozdziałów, który w moim odczuciu powstał ze zbitek fragmentów, które da się cytować jako aforyzmy o miłości. Okropnie gryzie się to z całością i pozostawia lekki niesmak. Być może to tylko moje przewrażliwienie na podobne zjawiska w literaturze. Nie zrażając się przebrnęłam przez ten fragment powieści i nie pożałowałam. Koniec końców rozdział ów okazał się potrzebny, ale zdecydowanie wyrzuciłabym z niego kilka ckliwych formuł.



Przejdźmy do tego, co lubię najbardziej. Podczas lektury zostajemy pośrednio postawieni przed licznymi, uniwersalnymi pytaniami o ludzką naturę i granice człowieczeństwa. Etnocentryzm przeplata się z problemem kolonializmu, a na ich tle zarysowują się egzystencjalne rozważania, co dla mnie jako kulturoznawcy stanowiło mocne i ciekawe zestawienie. Bohaterowie początkowo stawiają wyraźną granicę pomiędzy postępem i cywilizacją a barbarzyństwem, wartościując według surowych, przekłamanych kryteriów. My i oni, lepsi i gorsi.  Czy kiedykolwiek będziemy obiektywni w ocenie drugiego człowieka, jeśli będziemy spoglądać na niego przez pryzmat własnej kultury?

Co jest prawdziwą wolnością? Poddawanie się instynktom, uleganie własnym pragnieniom czy trzymanie się w ryzach konwenansów, zapanowanie nad samym sobą? A może żadna z tych skrajności? Postacie błądzą i miotają się szukając odpowiedzi na te pytania, a ja poszukiwałam ich razem z nimi, co jest dla mnie najlepszą rekomendacją tej pozycji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz